środa, 2 grudnia 2015

Część I

Rozdział I




Tego dnia pogoda nie zaliczała się do szczególnie dobrych. Od samego rana padał deszcz, a niebo w całości pokrywały bure chmury. Panowała dość niska temperatura, a w powietrzu unosił się zapach mrozu. Pogoda była dokładnie taka jak przystało na listopadowe popołudnie. Wiatr chylił przemarznięte gałęzie drzew ku ziemi. Roślin tych, było zaledwie parę w centrum miasta. Wszystkie zostały zasadzone w taki sposób, by sformować niewielkie skupisko, które poprzecinane brukowanymi uliczkami, tworzyło ostatnią oazę zieleni w obrębie trzech kilometrów – Park. Zazwyczaj tętniąca życiem okolica, w której ludzie tak chętnie spędzali czas, tego dnia wydawała się być najgorszym z możliwych miejsc pobytu. Lecz aleje wcale nie były całkiem puste, choć takie sprawiały pierwsze wrażenie. Na jednej z ławek siedział niewysoki chłopak w blado szarej kurtce. Drżał z zimna, a jego nos i policzki zaróżowiły się od chłodu. Gęste ciemne włosy chłopca, wilgotne od deszczu posklejały się w strąki, które układały się niechlujnie na jego głowie. Parę niesfornych kosmyków zsunęło się mu na twarz. Siedział wyraźnie podenerwowany, co chwilę spoglądając na zegarek. Nawet nie zwrócił uwagi na to, kiedy przestało padać, a blask latarni zastąpił światło dzienne. Po paru godzinach bezskutecznego czekania, chłopak rozejrzał się zrezygnowany. Nie ujrzał nikogo. Wstał z ławki i ruszył w stronę bramy parku, spoglądając smętnie na szarą kostkę brukową pod jego stopami. Nie przeszedł paru metrów, gdy nagle usłyszał za sobą szybkie kroki. Zatrzymał się z nadzieją, że jego czas spędzony tutaj, nie poszedł na marne. Po chwili poczuł, że ktoś szturcha go w ramię. Odwrócił się szybko i ujrzał wysokiego, zielonookiego chłopca o brązowych włosach. Stał zdyszany, próbując złapać oddech.

-Alex! Ja… Przepraszam... -Wybełkotał przybysz, sapiąc po męczącym biegu- Wszystko wyjaśnię! Nie mogłem przyjść wcześniej, bo naprawdę trudno było przekonać moją matkę bym mógł wyrwać się, pod pretekstem nocowania u ciebie. Do tego… uciekł mi autobus.

Na widok przyjaciela chłopak mimowolnie się uśmiechnął.

-Nie tylko ciebie nie chcieli puścić. U mnie też był problem. Ale teraz jest już chyba wszystko w porządku. Jeżeli nasz plan wypali, nikt się nie dowie, że ani ty nie nocowałeś u mnie, ani ja u ciebie.- Mówiąc to Alex wyszczerzył zęby w zawadiackim uśmiechu- Tej nocy w pizzerii nie będzie żadnego nocnego stróża, a takiej okazji nie można przepuścić. Podobno mało, komu udało się wytrzymać tam całą noc. Ale wierzę w to, że nam się uda.

-A, co jeżeli ktoś się zorientuje, że spędziliśmy noc poza domem, bez jakiejkolwiek opieki? –Spytał zaniepokojony nastolatek

-O tym pomyśli się później, Terry. Póki co, musimy się pospieszyć. Pizzerię zamykają godzinę przed północą, nie możemy się spóźnić. Masz potrzebne rzeczy?

-Tak, wszystko przygotowane - Powiedział wyższy z chłopców z dumą spoglądając na sporą torbę przewieszoną przez ramię- Ale niestety, mam tylko jedną latarkę.

-Trudno, jakoś musimy sobie poradzić- wymamrotał Alex spoglądając na zegarek- Musimy iść.
Mówiąc to, uśmiechnął się podekscytowany i ruszył aleją, prowadzącą do wyjścia z parku. Terry szedł tuż za nim pogrążając się w swoich rozmyślaniach.